Dyżur na porodówce w ramach zajęć z ginekologii i położnictwa. Ja lekko przerażona, że to co zobaczę zniechęci mnie do dzieci, kolega - że zniechęci go to do kobiet.
Na Izbie łącznie 3 Panie, każda przyszła o innej porze, ale rodzić zaczęły oczywiście w odstępach 15 minut ;)
My już wcześniej umówiliśmy się z jedną z nich, że będziemy przy porodzie - argument, między innymi, że możemy im zrobić ładne zdjęcie rodzinne na koniec. Dodatkowo, Pan zapierał się, że on ABSOLUTNIE nie ma zamiaru być przy porodzie, jak tylko się zaczną zbliżać skurcze parte, to on wychodzi. Powiem szczerze, podzielałam jego poglądy, tzn. niby na co komu facet w takich chwilach? Jak kobieta cała czerwona, rozczochrana, jęcząca z bólu? A jak będzie miała ochotę poprzeklinać? Albo mąż jakiegoś urazu psychicznego dozna?
Czekanie na "końcówkę" trochę zajęło... Pan więc chodził razem z Panią po korytarzu, pilnował, gdy ćwiczyła na piłce, masował krzyż...
I wreszcie się zaczęło! Pani na łóżko porodowe, a Pan... zamiast za drzwi jak deklarował, chwyta Żonę za rękę, cały przejęty jękiem, jaki się jej wyrwał. Nie minęło wiele czasu, jak było "po wszystkim". Pan nagle zrobił się tak entuzjastycznie nastawiony do przecinania pępowiny (a wcześniej nie chciał o tym słyszeć), że trzeba go było przytrzymać, bo nie miał rękawiczek! Poleciał też zaraz za położną do mierzenia i ważenia, zostawiając Żonę... I tu w końcu przydaliśmy się my ;) podaliśmy wodę, otarliśmy czoło... I polecieliśmy wypełniać papiery ;P
Wychodząc po dyżurze, widzieliśmy, jak Pani sobie spokojnie spała na sali poporodowej, a Pan wpatrywał się z uwielbieniem w oczach na przemian w Żonę, i w trzymane na rękach maleństwo. I tak sobie pomyślałam, ze może ten poród rodzinny to jednak nie taka zła rzecz...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studia. Pokaż wszystkie posty
piątek, 12 sierpnia 2011
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
Spiesz się powoli - zwłaszcza w pracy
Od jakiegoś już czasu na SOR-ze wisiała wieelka tablica, omawiająca zasady kolejności udzielania pomocy: po pierwsze - zagrożenia życia/zagrożenie trwałym kalectwem, po drugie - dzieci, po trzecie - reszta. A, i wielkimi wołami, że decyduje lekarz. Niestety, w naszym kraju panuje niechęć do czytania.
Koło godziny 18 pod drzwiami ortopedii siedział, stał i leżał (na łóżkach, oczywiście) całkiem niezły tłum. Wypadki samochodowe, połamane ręce, generalnie - wszyscy do zaopatrzenia. A że co chwilę dojeżdżali nowi, to i zamieszanie było. Generalnie szło dość sprawnie, odbierało się papiery i zbierało krótki wywiad, i wysyłało na RTG, USG czy pobierało badania. W tzw. międzyczasie załatwiało się tych, co już mieli wyniki.
Nowy pacjent - 8 czubków palców zmiażdżonych, w tym oba kciuki... Pacjent pracował przy pakowaniu wędlin, miał ułożyć torebkę z szynką, zabrać ręce i wtedy nogą nacisnąć pedał od zgrzewarki. Ale żeby było szybciej, jednocześnie wyciągał ręce i naciskał. I raz nie zdążył. Trzeba szybko robić, bo im szybciej, tym większa szansa na uratowanie paliczków. Więc szybko - lekkie czyszczenie, szybki opatrunek, anatoksyna i antytoksyna tężcowa, krew na badania i skrzyżowanie (na wypadek przetaczania) i wio na RTG. A w tym czasie Doktor zbierał zespół do zabiegu (operator, anestezjolog, ja na haki) i ustalał z ratownikiem i drugą stażystką, co i jak z pozostałymi pacjentami. Chciałam wyjść na korytarz, żeby jeszcze pooddawać papiery zaopatrzonym, i w tym momencie do gabinetu wpadła Pani o kulach:
- To jest skandal!!
Doktor: Ale o co chodzi?
P: Ja tu już 45 minut czekam, a tamtą tylko przywieźli i od razu do środka!
D: Niestety, nagły wypadek, zaraz będziemy musieli iść na salę operacyjną... A pani czeka na papiery, tak? To zaraz jeszcze szybko wypiszę.
P No tak, a że starsza osoba musi czekać, bo się jakaś głupia tu wepchała, to w porządku?? (całość przy otwartych drzwiach, bo Pani je blokowała)
D: Nie głupia, tylko ranna, proszę pani. I zagrożona kalectwem.
P: Ale ja tu 45 minut czekam!!
D: Dobrze, to pani doktor się Panią zajmie, ja muszę porozmawiać z anestezjologiem. Chyba, że ktoś z Państwa (tu zwrócił się do ludzi na korytarzu) czeka dłużej?
Państwo na korytarzu: Myśmy byli przed Panią, ale nie szkodzi, nic aż tak poważnego nie mamy (złamana ręka u 6 letniego chłopca).
Ja: W takim razie zapraszam Panie do gabinetu.
Weszła Starsza Pani, w wieku nieco ponad emerytalnym.
- Dzień dobry Pani, co się stało?
- Bo mi coś w kręgosłupie strzeliło...
- Jak to się stało? I jak się Pani czuje, coś boli?
- No, jak po schodach wczoraj schodziłam, to mi tak coś strzeliło, zabolało i już.
- Ale teraz coś boli, nogi drętwieją? Co takiego się dzieje, że Pani do nas przyszła?
- Nie...Nic się nie dzieje, córka powiedziała, że mam przyjść, to przyszłam.
Tu już nie strzymał ratownik: Skoro strzeliło wczoraj, i bolało wczoraj, to czemu przyszłyście dopiero dzisiaj? To jest oddział ratunkowy, a nie przychodnia!
Córka: ja nie mam czasu na chodzenie po lekarzach!
Oczywiście Pani nic nie było - każdemu czasem coś w stawach strzeli. Dostała skierowanie do lekarza rodzinnego, żeby ew. osteoporozę leczył. Córka się obraziła, że nie chcemy recept na leki wypisać - chyba, że pełnopłatne. I w końcu sobie poszły...
A wracając do "zgrzanego" pacjenta - miał sporo szczęścia. Co prawda przez jakiś czas wyglądał jak Edward Nożycoręki z drutami zespalającymi w palcach, ale 7 na 8 paliczków udało się uratować. Wniosek z tego jeden: spiesz się powoli - zwłaszcza w pracy!
Koło godziny 18 pod drzwiami ortopedii siedział, stał i leżał (na łóżkach, oczywiście) całkiem niezły tłum. Wypadki samochodowe, połamane ręce, generalnie - wszyscy do zaopatrzenia. A że co chwilę dojeżdżali nowi, to i zamieszanie było. Generalnie szło dość sprawnie, odbierało się papiery i zbierało krótki wywiad, i wysyłało na RTG, USG czy pobierało badania. W tzw. międzyczasie załatwiało się tych, co już mieli wyniki.
Nowy pacjent - 8 czubków palców zmiażdżonych, w tym oba kciuki... Pacjent pracował przy pakowaniu wędlin, miał ułożyć torebkę z szynką, zabrać ręce i wtedy nogą nacisnąć pedał od zgrzewarki. Ale żeby było szybciej, jednocześnie wyciągał ręce i naciskał. I raz nie zdążył. Trzeba szybko robić, bo im szybciej, tym większa szansa na uratowanie paliczków. Więc szybko - lekkie czyszczenie, szybki opatrunek, anatoksyna i antytoksyna tężcowa, krew na badania i skrzyżowanie (na wypadek przetaczania) i wio na RTG. A w tym czasie Doktor zbierał zespół do zabiegu (operator, anestezjolog, ja na haki) i ustalał z ratownikiem i drugą stażystką, co i jak z pozostałymi pacjentami. Chciałam wyjść na korytarz, żeby jeszcze pooddawać papiery zaopatrzonym, i w tym momencie do gabinetu wpadła Pani o kulach:
- To jest skandal!!
Doktor: Ale o co chodzi?
P: Ja tu już 45 minut czekam, a tamtą tylko przywieźli i od razu do środka!
D: Niestety, nagły wypadek, zaraz będziemy musieli iść na salę operacyjną... A pani czeka na papiery, tak? To zaraz jeszcze szybko wypiszę.
P No tak, a że starsza osoba musi czekać, bo się jakaś głupia tu wepchała, to w porządku?? (całość przy otwartych drzwiach, bo Pani je blokowała)
D: Nie głupia, tylko ranna, proszę pani. I zagrożona kalectwem.
P: Ale ja tu 45 minut czekam!!
D: Dobrze, to pani doktor się Panią zajmie, ja muszę porozmawiać z anestezjologiem. Chyba, że ktoś z Państwa (tu zwrócił się do ludzi na korytarzu) czeka dłużej?
Państwo na korytarzu: Myśmy byli przed Panią, ale nie szkodzi, nic aż tak poważnego nie mamy (złamana ręka u 6 letniego chłopca).
Ja: W takim razie zapraszam Panie do gabinetu.
Weszła Starsza Pani, w wieku nieco ponad emerytalnym.
- Dzień dobry Pani, co się stało?
- Bo mi coś w kręgosłupie strzeliło...
- Jak to się stało? I jak się Pani czuje, coś boli?
- No, jak po schodach wczoraj schodziłam, to mi tak coś strzeliło, zabolało i już.
- Ale teraz coś boli, nogi drętwieją? Co takiego się dzieje, że Pani do nas przyszła?
- Nie...Nic się nie dzieje, córka powiedziała, że mam przyjść, to przyszłam.
Tu już nie strzymał ratownik: Skoro strzeliło wczoraj, i bolało wczoraj, to czemu przyszłyście dopiero dzisiaj? To jest oddział ratunkowy, a nie przychodnia!
Córka: ja nie mam czasu na chodzenie po lekarzach!
Oczywiście Pani nic nie było - każdemu czasem coś w stawach strzeli. Dostała skierowanie do lekarza rodzinnego, żeby ew. osteoporozę leczył. Córka się obraziła, że nie chcemy recept na leki wypisać - chyba, że pełnopłatne. I w końcu sobie poszły...
A wracając do "zgrzanego" pacjenta - miał sporo szczęścia. Co prawda przez jakiś czas wyglądał jak Edward Nożycoręki z drutami zespalającymi w palcach, ale 7 na 8 paliczków udało się uratować. Wniosek z tego jeden: spiesz się powoli - zwłaszcza w pracy!
piątek, 5 sierpnia 2011
Bo lekarz ma MISJĘ
Zbieramy wywiad od Pana po usunięciu guza płuca - tytoniozależnego. Pan przyznaje się do palenia przez ponad 40 lat swojego życia 1,5 paczki papierosów dziennie. Daje to 60 paczkolat (1 paczka na dzień przez x lat) w wieku 56 lat. Pytamy o objawy i jak wykryto chorobę, itd. I tu Pan wybucha świętym oburzeniem, że musiał całe 2 miesiące poczekać od wykrycia guza do operacji... bo musiał się zaszczepić na WZW typu B. A między jedną a drugą dawką się mała kolejka do zabiegu zrobiła. I jak my, LEKARZE, mogliśmy do tego dopuścić?? Przecież powinniśmy go zaszczepić WCZEŚNIEJ!! Tłumaczymy, że szczepione są dzieci, no a na dorosłych nie ma pieniędzy:
- Wie Pan, ta zwłoka nie wpłynęła na Pana szanse wyleczenia, za to jest Pan bezpieczny od żółtaczki...
- Wy mnie powinniście wcześniej zaszczepić!
- Można się szczepić prywatnie, albo za darmo w ciągu Żółtego Tygodnia.
- Prywatnie?? I płacić?? O nie, ja podatki płacę!! [my, zasadniczo, też] I co, może mam na jakiś głupi tydzień czekać, co? A ja bym może chciał na urlop pojechać! To jest Wasz obowiązek, żeby ludzi szczepić!
[ratunku, gdzie jest asystent? Pan nas za rękawy szarpie]
- No ale Ministerstwo nie daje funduszy na szczepienie dorosłych, to nie nasza wina...
- To za pensję szczepcie!
- Ale my też musimy jeść, rodziny mamy.
- Wy misję macie, to szczepcie! To Wy musicie zadbać, żeby wszyscy byli zaszczepieni, to Wasza odpowiedzialność!
- I co, po ulicy mamy ze strzykawką latać i kłuć jak leci??
- No, więc jednak rozumiecie!
- Tylko, kurczę, skąd wiedzieć, kto szczepiony a kto nie? Może na czole tatuować? Wolałby Pan znaczek strzykawki, czy datę szczepienia?
- Yyy? Wy żartujecie, prawda?
- No tak, ale to Pan zaczął.
- Wie Pan, ta zwłoka nie wpłynęła na Pana szanse wyleczenia, za to jest Pan bezpieczny od żółtaczki...
- Wy mnie powinniście wcześniej zaszczepić!
- Można się szczepić prywatnie, albo za darmo w ciągu Żółtego Tygodnia.
- Prywatnie?? I płacić?? O nie, ja podatki płacę!! [my, zasadniczo, też] I co, może mam na jakiś głupi tydzień czekać, co? A ja bym może chciał na urlop pojechać! To jest Wasz obowiązek, żeby ludzi szczepić!
[ratunku, gdzie jest asystent? Pan nas za rękawy szarpie]
- No ale Ministerstwo nie daje funduszy na szczepienie dorosłych, to nie nasza wina...
- To za pensję szczepcie!
- Ale my też musimy jeść, rodziny mamy.
- Wy misję macie, to szczepcie! To Wy musicie zadbać, żeby wszyscy byli zaszczepieni, to Wasza odpowiedzialność!
- I co, po ulicy mamy ze strzykawką latać i kłuć jak leci??
- No, więc jednak rozumiecie!
- Tylko, kurczę, skąd wiedzieć, kto szczepiony a kto nie? Może na czole tatuować? Wolałby Pan znaczek strzykawki, czy datę szczepienia?
- Yyy? Wy żartujecie, prawda?
- No tak, ale to Pan zaczął.
Etykiety:
chirurgia,
studia,
torakochirurgia,
VI rok
niedziela, 31 lipca 2011
Genetyka?
Pierwsza wizyta na oddziele, tzw. "zapoznanie ze specyfiką", czyli czego do nas przysyłają najwięcej... Bóle brzucha, bóle brzucha i wymioty, bóle brzucha i gorączka...Ból brzucha w 10 tys. odmianach, bo u maluchów to może być pierwszy sygnał czegoś poważniejszego, no i od 2-3 latka trudno się dowiedzieć, jaki ten ból i po czym.
W ramach odskoczni prowadzą nas do "dziecka oddziałowego" - zawsze jest takich 2-3 na oddział, takich, co tu już rok, dwa mieszkają praktycznie. Powody - różne; konieczność przewlekłego leczenia, trudna diagnostyka, albo fakt, że dziecko co wychodzi, to po 2 dniach trafia z tym samym. Wiadomo, więcej takich jest na oddziałach specjalistycznych, typu kardiologia czy nefrologia dziecięca, ale na ogólnym też się zdarza.
Dziecko oddziałowe ma około 5 lat, w szpitalu pomieszkuje od 3 roku życia. Powód - bardzo niska saturacja (czyt. wysycenie krwi tlenem), ataki duszności, i niemożność spania na leżąco w domu. Na oddziale praktycznie cały czas na wąsach z tlenem. Od 2 lat diagnozowane, bez skutków - może dlatego, że ze względu na "dodatkowe obciążenia", czyli otyłość, dziecko się do sporej części metod diagnostycznych nie nadaje... Mimo "choroby" dziecko wygląda na dość zadowolone z życia. Wygląda też tak, że ludzik Michelina to przy nim anorektyk. Mamusia (wchodząca w szerokie drzwi bokiem) twierdzi, że to genetyka. Jej mama tak ma, ona tak ma, to i dziecko tak ma... Cóż, predyspozycja genetyczna ważna rzecz - ale nie najważniejsza :P szczególnie, ze połowa genów po tatusie, więc zakładanie z góry, że dziecko ma dokładnie te same geny co mamusia... Poza tym co wchodzimy, to dziecko coś ciamka. W jednej łapce herbatniczek w czekoladzie, w drugiej biszkopciki, a mamusia dokarmia jogurcikiem. A w pogotowiu czeka wysokosłodzony napój "na popitkę". Wchodzimy dość często, a zmienia się tylko rodzaj słodyczy.
Następnego dnia rano obchód z oficjelami, a bez rodziców. Nasza pani doktor referując "Michelina" wspomina, że zastanawiają się nad wysłaniem go do Centrum Zdrowia Dziecka, bo tu się możliwości diagnostyczne skończyły. Na co jedna ze starszych doktórek rzuca:
- E tam, cackamy się tylko, na dietę je trzeba! Schudnie 5 kilo, to od razu saturacja skoczy!
- Ale nie wiadomo, skąd ta niska saturacja.
- Jak mniej go będzie, to będzie miało jak klatki piersiowej używać, a nie jak teraz, że się ruszyć nie może... To albo się samo wyleczy, albo będzie można normalnie diagnozować.
- Tylko...jak to zrobić?
Wspólna myśl - odizolować mamusię. Ale to by chyba sądownie zrobić trzeba było, bo jakże inaczej? A mamusia wszystko w dobrej wierze robi i na sugestię zmiany diety malucha prycha z oburzeniem. I niby jaki sąd się odważy?
Rok później dziecko nadal było na oddziale - jeszcze grubsze.
W ramach odskoczni prowadzą nas do "dziecka oddziałowego" - zawsze jest takich 2-3 na oddział, takich, co tu już rok, dwa mieszkają praktycznie. Powody - różne; konieczność przewlekłego leczenia, trudna diagnostyka, albo fakt, że dziecko co wychodzi, to po 2 dniach trafia z tym samym. Wiadomo, więcej takich jest na oddziałach specjalistycznych, typu kardiologia czy nefrologia dziecięca, ale na ogólnym też się zdarza.
Dziecko oddziałowe ma około 5 lat, w szpitalu pomieszkuje od 3 roku życia. Powód - bardzo niska saturacja (czyt. wysycenie krwi tlenem), ataki duszności, i niemożność spania na leżąco w domu. Na oddziale praktycznie cały czas na wąsach z tlenem. Od 2 lat diagnozowane, bez skutków - może dlatego, że ze względu na "dodatkowe obciążenia", czyli otyłość, dziecko się do sporej części metod diagnostycznych nie nadaje... Mimo "choroby" dziecko wygląda na dość zadowolone z życia. Wygląda też tak, że ludzik Michelina to przy nim anorektyk. Mamusia (wchodząca w szerokie drzwi bokiem) twierdzi, że to genetyka. Jej mama tak ma, ona tak ma, to i dziecko tak ma... Cóż, predyspozycja genetyczna ważna rzecz - ale nie najważniejsza :P szczególnie, ze połowa genów po tatusie, więc zakładanie z góry, że dziecko ma dokładnie te same geny co mamusia... Poza tym co wchodzimy, to dziecko coś ciamka. W jednej łapce herbatniczek w czekoladzie, w drugiej biszkopciki, a mamusia dokarmia jogurcikiem. A w pogotowiu czeka wysokosłodzony napój "na popitkę". Wchodzimy dość często, a zmienia się tylko rodzaj słodyczy.
Następnego dnia rano obchód z oficjelami, a bez rodziców. Nasza pani doktor referując "Michelina" wspomina, że zastanawiają się nad wysłaniem go do Centrum Zdrowia Dziecka, bo tu się możliwości diagnostyczne skończyły. Na co jedna ze starszych doktórek rzuca:
- E tam, cackamy się tylko, na dietę je trzeba! Schudnie 5 kilo, to od razu saturacja skoczy!
- Ale nie wiadomo, skąd ta niska saturacja.
- Jak mniej go będzie, to będzie miało jak klatki piersiowej używać, a nie jak teraz, że się ruszyć nie może... To albo się samo wyleczy, albo będzie można normalnie diagnozować.
- Tylko...jak to zrobić?
Wspólna myśl - odizolować mamusię. Ale to by chyba sądownie zrobić trzeba było, bo jakże inaczej? A mamusia wszystko w dobrej wierze robi i na sugestię zmiany diety malucha prycha z oburzeniem. I niby jaki sąd się odważy?
Rok później dziecko nadal było na oddziale - jeszcze grubsze.
środa, 27 lipca 2011
Przyjdzie koza do woza...
Wylądowałam na jednej z 3 największych w okolicy porodówek. Miałam być tam 1-2 dni, a potem przenieść się na następne oddziały, żeby zobaczyć, co się dzieje z pacjentkami po porodzie. Ze względu na "braki w kadrach" i szaloną liczbę położnic (oddziałowa z obłędem w oczach negocjowała wypożyczenie łóżka z kardiologii, bo nie miała gdzie położnic z łóżek porodowych przekładać, a następne do rodzenia w kolejce stały...) zostałam dłużej - pełny tydzień. I, jak to na praktykach bywa, rozmowy dyżurkowe różne, plany życiowe i zawodowe... Zostałam zagadnięta, jak mi się położnictwo i ginekologia podobają. Mając pod uwagą fakt, że od pytających zależało, czy spędzę na porodówce następny tydzień, czy przejdę na "połogi" i "gineksy", starałam się odpowiedzieć w miarę dyplomatycznie.
- YYY... wiem, że powinnam mieć pewną wiedzę z tego zakresu, żeby u pacjentek objawy rozpoznać, ale mnie do tego zupełnie nie ciągnie...
- Spokojnie, przyjdzie koza do woza! [i cała dyżurka w śmiech]
A ja głupia myślałam, że chodzi im o staż z położnictwa... Dopiero ciąża otworzyła mi oczy ;P
- YYY... wiem, że powinnam mieć pewną wiedzę z tego zakresu, żeby u pacjentek objawy rozpoznać, ale mnie do tego zupełnie nie ciągnie...
- Spokojnie, przyjdzie koza do woza! [i cała dyżurka w śmiech]
A ja głupia myślałam, że chodzi im o staż z położnictwa... Dopiero ciąża otworzyła mi oczy ;P
Etykiety:
położnictwo,
praktyki,
studia,
V rok
czwartek, 14 lipca 2011
Młodzian dumny i blady... z wypadku przy pracy
Na SOR-ze, i chirurgicznym, i ortopedycznym, najwięcej działo się zwykle popołudniami, gdy zaczynały się wypadki komunikacyjne i gdy ludzie, myślami już w domu, przestawali uważać przy pracy. Tego popołudnia był urodzaj na tych drugich właśnie. Jakoś tak pchali wszyscy kończyny w ostre rzeczy.
Niemal jednocześnie na korytarzu pojawił się Siwy Pan z dłonią owiniętą kawałkiem (zakrwawionej)szmatki, i Blady Młodzian, zabandażowany od czubków palców po łokieć, i asekurowany przez kolegę. "O kolejności przyjęć decyduje lekarz", ale żeby decydować, trzeba wiedzieć co się stało. Zatem - szybka rundka pytań: co, jak, kiedy, jak się czuje? Siwy Pan mówi zakłopotany, ze w sumie głupio mu nam głowę zawracać, ale sobie palce dwa pokaleczył jak regał montował, no i z drugą godzinę krew leci, to mu żona kazała przyjść. Blady Młodzian z dumą oznajmia, że ma ranę ciętą przedramienia od blachy, bo miał WYPADEK PRZY PRACY.
Siwy Pan (emeryt), mówi, że on poczeka, co tam jego skaleczenie, trzeba ratować dzielnego pracownika. Szybki rzut oka na "pokaleczone palce" i już wiadomo - RTG będzie potrzebne, i pobranie krwi na wszelki wypadek. Zatem Siwy Pan na RTG - "bo całkiem nieźle Pan te palce poharatał", a Młodzian do gabinetu.
Odwijamy, odwijamy, odwijamy... Młodzian opowiada, jaki straszny wypadek, blacha całym ciężarem na dłoń mu poleciała, a to taka gruba, 2 mm... Kurczę, miejmy nadzieję, że żadne ścięgna nie poszły, bo to jednak niesie ze sobą ryzyko, że mimo zszycia nie wróci do pełnej sprawności.
Ale odwijam, już do nadgarstka doszłam, a tu nigdzie kropli krwi.
Wreszcie! Jest! Rana cięta dłoni! Czyli skaleczony paluszek, takie może półcentymetrowe nacięcie...
- To trzeba zszyć, prawda?
- Nie, proszę Pana, tu wystarczy plaster.
- Ale przecież to wypadek przy pracy!! ( no tak, zwolnienie 100% płatne, a może by i z ubezpieczenia coś kapnęło?)
- Toteż wypis z SOR-u Pan dostanie, skoro już Pana zarejestrowali.
W ramach kompromisu nakleiłam panu "sticha", czyli taki niby-szew bez szycia, i w ten sposób udało się go pozbyć.
W tzw. międzyczasie Siwy Pan wrócił z RTG. No i niestety, palec wskazujący do przycięcia w połowie paliczka, a środkowy - cały paliczek.
- Mówił Pan, że regał montował?
- No tak, sam zaprojektowałem, i jedną deskę chciałem skrócić...
- Piłą tarczową, co?
- Ooo, a skąd Państwo wiedzą?
Tu już procedura standardowa, sala operacyjna (bo to amputacja), anestezjolog, ja na hakach, dr C. przycina:
- To Panu tak ładnie zaokrąglimy, żeby się Pan nie podrapał ;)
- To tak można? Ale fajnie! I jeszcze jeden paznokieć mniej do obcinania, zawsze mniej roboty :)
Po opatrzeniu całości i wypełnieniu papierologii pożegnaliśmy się miło, i Siwy Pan poszedł do domu - wykańczyć ten regał. Widać, bardziej uważał, bo już na SOR nie wrócił. A przynajmniej nie na naszym dyżurze...
// skoro widzieliśmy, że Starszy ma coś poważnego, a Młody prawdopodobnie nie, dlaczego najpierw zaopatrzyliśmy Młodego? Bo z Siwym Panem i tak nic by się nie dało zrobić bez wyników badań...
Niemal jednocześnie na korytarzu pojawił się Siwy Pan z dłonią owiniętą kawałkiem (zakrwawionej)szmatki, i Blady Młodzian, zabandażowany od czubków palców po łokieć, i asekurowany przez kolegę. "O kolejności przyjęć decyduje lekarz", ale żeby decydować, trzeba wiedzieć co się stało. Zatem - szybka rundka pytań: co, jak, kiedy, jak się czuje? Siwy Pan mówi zakłopotany, ze w sumie głupio mu nam głowę zawracać, ale sobie palce dwa pokaleczył jak regał montował, no i z drugą godzinę krew leci, to mu żona kazała przyjść. Blady Młodzian z dumą oznajmia, że ma ranę ciętą przedramienia od blachy, bo miał WYPADEK PRZY PRACY.
Siwy Pan (emeryt), mówi, że on poczeka, co tam jego skaleczenie, trzeba ratować dzielnego pracownika. Szybki rzut oka na "pokaleczone palce" i już wiadomo - RTG będzie potrzebne, i pobranie krwi na wszelki wypadek. Zatem Siwy Pan na RTG - "bo całkiem nieźle Pan te palce poharatał", a Młodzian do gabinetu.
Odwijamy, odwijamy, odwijamy... Młodzian opowiada, jaki straszny wypadek, blacha całym ciężarem na dłoń mu poleciała, a to taka gruba, 2 mm... Kurczę, miejmy nadzieję, że żadne ścięgna nie poszły, bo to jednak niesie ze sobą ryzyko, że mimo zszycia nie wróci do pełnej sprawności.
Ale odwijam, już do nadgarstka doszłam, a tu nigdzie kropli krwi.
Wreszcie! Jest! Rana cięta dłoni! Czyli skaleczony paluszek, takie może półcentymetrowe nacięcie...
- To trzeba zszyć, prawda?
- Nie, proszę Pana, tu wystarczy plaster.
- Ale przecież to wypadek przy pracy!! ( no tak, zwolnienie 100% płatne, a może by i z ubezpieczenia coś kapnęło?)
- Toteż wypis z SOR-u Pan dostanie, skoro już Pana zarejestrowali.
W ramach kompromisu nakleiłam panu "sticha", czyli taki niby-szew bez szycia, i w ten sposób udało się go pozbyć.
W tzw. międzyczasie Siwy Pan wrócił z RTG. No i niestety, palec wskazujący do przycięcia w połowie paliczka, a środkowy - cały paliczek.
- Mówił Pan, że regał montował?
- No tak, sam zaprojektowałem, i jedną deskę chciałem skrócić...
- Piłą tarczową, co?
- Ooo, a skąd Państwo wiedzą?
Tu już procedura standardowa, sala operacyjna (bo to amputacja), anestezjolog, ja na hakach, dr C. przycina:
- To Panu tak ładnie zaokrąglimy, żeby się Pan nie podrapał ;)
- To tak można? Ale fajnie! I jeszcze jeden paznokieć mniej do obcinania, zawsze mniej roboty :)
Po opatrzeniu całości i wypełnieniu papierologii pożegnaliśmy się miło, i Siwy Pan poszedł do domu - wykańczyć ten regał. Widać, bardziej uważał, bo już na SOR nie wrócił. A przynajmniej nie na naszym dyżurze...
// skoro widzieliśmy, że Starszy ma coś poważnego, a Młody prawdopodobnie nie, dlaczego najpierw zaopatrzyliśmy Młodego? Bo z Siwym Panem i tak nic by się nie dało zrobić bez wyników badań...
niedziela, 10 lipca 2011
Szpileczki...
Pierwsze zajęcia w prosektorium, jakkolwiek dość osobliwe, bardzo stresujące nie były. Wymagały sporego przygotowania z teorii, no ale na tych studiach - standard. Niemniej jednak zaczęło zbliżać się koło, i zrobiło się nieco mniej sympatycznie. Wiadomo - na ćwiczeniach za mało czasu, żeby wszystko wykuć, a przecież oprócz tego na inne przedmioty i wejściówki tez trzeba było się przygotować. Zaczęło się więc maksymalne skracanie snu. 3-4 h na dobę, to było minimum do funkcjonowania. Ale, jak nam poradził asystent, przed samym kolokwium należy się wyspać, żeby nie zasnąć podczas pisania odpowiedzi...
Koło praktyczne miało polegać na przyjrzeniu się preparatowi i szpilce w niego wbitej, a następnie wpisaniu w tabelę polskiej i łacińskiej nazwy tego "czegoś", z określeniem strony (np. dłoń lewa/prawa). A przynajmniej tak nam przed kołem powiedziano. Owe "szpilki" zdarzyło się nam widzieć na ćwiczeniach - stare igły do zastrzyków, z czasów gdy się takowe sterylizowało.
Zatem w wieczór przed kołem położyłam się spać już o 21. Wymęczona zasnęłam natychmiast, i do samego ranka śniłam koszmar... Przed moimi oczami pływały kończyny z wbitymi szpilkami, a ja nie mogłam zobaczyć, w co są wbite...Gdy już-już prawie się udawało, znikały i pojawiały się nowe. Ostatni, przy którym się obudziłam, był staw kolanowy, i szpilka wbita w jedno z więzadeł... a ja nie mogłam zobaczyć w które! Krzyżowe przednie? Krzyżowe tylne?
Blada i wymęczona udałam się w podziemia oczekiwać na kaźń. Moi koledzy również zastosowali się do rady asystenta, i spali dłużej, niż zwykle - widać to było gołym okiem, bo mniej byli bladzi i zieloni niż zazwyczaj. Byłam więc, nadal blada, dość dobrze widoczna w tłumie. Życzliwa dusza w postaci koleżanki M. zainteresowała się moim stanem:
- Co, tak długo kułaś? Mówiłaś, że się wyśpisz?
- Nie, całą noc mi się koszmary śniły... Szpilki... Powiedziałam, licząc na odrobinę współczucia. I doczekałam się... całego tłumu pytającego:
- A w co były wbite?!
Koło praktyczne miało polegać na przyjrzeniu się preparatowi i szpilce w niego wbitej, a następnie wpisaniu w tabelę polskiej i łacińskiej nazwy tego "czegoś", z określeniem strony (np. dłoń lewa/prawa). A przynajmniej tak nam przed kołem powiedziano. Owe "szpilki" zdarzyło się nam widzieć na ćwiczeniach - stare igły do zastrzyków, z czasów gdy się takowe sterylizowało.
Zatem w wieczór przed kołem położyłam się spać już o 21. Wymęczona zasnęłam natychmiast, i do samego ranka śniłam koszmar... Przed moimi oczami pływały kończyny z wbitymi szpilkami, a ja nie mogłam zobaczyć, w co są wbite...Gdy już-już prawie się udawało, znikały i pojawiały się nowe. Ostatni, przy którym się obudziłam, był staw kolanowy, i szpilka wbita w jedno z więzadeł... a ja nie mogłam zobaczyć w które! Krzyżowe przednie? Krzyżowe tylne?
Blada i wymęczona udałam się w podziemia oczekiwać na kaźń. Moi koledzy również zastosowali się do rady asystenta, i spali dłużej, niż zwykle - widać to było gołym okiem, bo mniej byli bladzi i zieloni niż zazwyczaj. Byłam więc, nadal blada, dość dobrze widoczna w tłumie. Życzliwa dusza w postaci koleżanki M. zainteresowała się moim stanem:
- Co, tak długo kułaś? Mówiłaś, że się wyśpisz?
- Nie, całą noc mi się koszmary śniły... Szpilki... Powiedziałam, licząc na odrobinę współczucia. I doczekałam się... całego tłumu pytającego:
- A w co były wbite?!
sobota, 9 lipca 2011
Związek przyczynowy - ból karku, a zastrzyk domięśniowy
Jedną z milej wspominanych przeze mnie praktyk jest praktyka pielęgniarska po I roku. Generalnie człowiek zielony, bo co to jest, te 10 h zajęć z pielęgniarstwa i raz przećwiczone wkłucie? Jakby kazali pod mikroskopem tkanki poodróżniać, to i owszem. Ale takie "zwykłe" rzeczy?
Dzień pierwszy - egzamin z teorii u pielęgniarki oddziałowej. Zastrzyk domięśniowy, podskórny, śródskórny, zakładanie wenflonu, zasady podłączania kroplówki... Zdałam! Przekazana do dyżurki pielęgniarskiej. W ramach pokazywania "co, gdzie, jak i dlaczego" po raz drugi przeegzaminowana z teorii. Dziś - tylko patrzę.
Dzień drugi - pod czujnym okiem p.Ani przygotowuję i podłączam kroplówki, a następnie robię pacjentom zastrzyki domięśniowe (akurat z tych najbardziej bolesnych leków). Szczególnie jeden Pan się przejął, że taka "nowa" robi, a jego, biednego, cała pupa boli, bo to już drugi tydzień! Podaję więc najwolniej, jak się da, z 5 minut to trwało...
Dzień trzeci - po wczorajszym "egzaminie praktycznym" dziś kłuję praktycznie sama, p.Ania w tym czasie rozdziela tabletki. Podchodzę do Pana, który wczoraj (leżąc na brzuchu!) tak wytrwale patrzył mi na ręce, i pytam nieśmiało, czy go bardzo pośladek boli po tym moim wczorajszym zastrzyku.
- A wie Pani, że praktycznie wcale! Ale, coś mi się chyba stało, bo dziś mnie strasznie szyja boli... Wie Pani czy to po zastrzyku może być? Można coś z tym zrobić?
P.Ania:
-Tak, przestać się dziewczynie w dekolt gapić i normalnie głowę na poduszkę położyć!
Dzień pierwszy - egzamin z teorii u pielęgniarki oddziałowej. Zastrzyk domięśniowy, podskórny, śródskórny, zakładanie wenflonu, zasady podłączania kroplówki... Zdałam! Przekazana do dyżurki pielęgniarskiej. W ramach pokazywania "co, gdzie, jak i dlaczego" po raz drugi przeegzaminowana z teorii. Dziś - tylko patrzę.
Dzień drugi - pod czujnym okiem p.Ani przygotowuję i podłączam kroplówki, a następnie robię pacjentom zastrzyki domięśniowe (akurat z tych najbardziej bolesnych leków). Szczególnie jeden Pan się przejął, że taka "nowa" robi, a jego, biednego, cała pupa boli, bo to już drugi tydzień! Podaję więc najwolniej, jak się da, z 5 minut to trwało...
Dzień trzeci - po wczorajszym "egzaminie praktycznym" dziś kłuję praktycznie sama, p.Ania w tym czasie rozdziela tabletki. Podchodzę do Pana, który wczoraj (leżąc na brzuchu!) tak wytrwale patrzył mi na ręce, i pytam nieśmiało, czy go bardzo pośladek boli po tym moim wczorajszym zastrzyku.
- A wie Pani, że praktycznie wcale! Ale, coś mi się chyba stało, bo dziś mnie strasznie szyja boli... Wie Pani czy to po zastrzyku może być? Można coś z tym zrobić?
P.Ania:
-Tak, przestać się dziewczynie w dekolt gapić i normalnie głowę na poduszkę położyć!
Etykiety:
laryngologia,
praktyki,
studia
wtorek, 5 lipca 2011
Nie pytaj, jeśli nie chcesz znać odpowiedzi
Praktyki pielęgniarskie po pierwszym roku, Oddział Laryngologii. Wyjątkowo, dyżur nocny.
Większość pacjentów standardowa - ból ucha, złamany nos, konsultacje z innych oddziałów.
I gwóźdź programu: 4 latek, który "coś" sobie włożył do nosa. Rodzice poświecili latarką, "coś" zobaczyli, a że dmuchanie noska nic nie dawało, to zdecydowali (bardzo rozsądnie!) o przyjeździe na ostry dyżur.
Przygotowania: Tata trzyma chłopca na kolanach, żeby się nie poruszył w nieodpowiednim momencie; Pani Doktor z lampą stara się mniej więcej ocenić wielkość i kształt "cosia", żeby dobrać narzędzia; ja rozkładam ligniny, szukam zestawów narzędzi; Mama stoi z tyłu, żeby maluch ją widział i był spokojny.
Akcja właściwa:
- Lignokaina w sprayu! (wziernik już w ręku)
- Jest!
[psik, psik]
- Kleszczyki!
-Jest!
Iii... udało się! Po kilku minutach delikatnych manipulacji, żeby tylko żadnego naczynka krwionośnego nie uszkodzić (na granicy między przedsionkiem a jamą nosa jest splot Kiesselbacha, czyli mnóstwo małych, łatwo krwawiących naczynek), bo jak krew zaleje, to już nic nie widać... Wyciągnięta została zatyczka. Taka kulka z guziczkiem do wciskania, jaką się umieszcza na sznurkach przy kurtkach czy bluzach jako zabezpieczenie. Kulka duża, bo prawie centymetr średnicy. No, powiem szczerze, bardziej się jakiegoś orzeszka, albo tabletki, kółka od autka spodziewaliśmy. Czegoś mniejszego, w każdym razie.
Zapadła cisza. I wtedy Mama spytała zrezygnowanym głosem:
- Synu, jak tyś to zrobił?
- A tak! Zakrzyknął chłopiec radośnie i błyskawicznie wcisnął kulkę do drugiej dziurki.
Większość pacjentów standardowa - ból ucha, złamany nos, konsultacje z innych oddziałów.
I gwóźdź programu: 4 latek, który "coś" sobie włożył do nosa. Rodzice poświecili latarką, "coś" zobaczyli, a że dmuchanie noska nic nie dawało, to zdecydowali (bardzo rozsądnie!) o przyjeździe na ostry dyżur.
Przygotowania: Tata trzyma chłopca na kolanach, żeby się nie poruszył w nieodpowiednim momencie; Pani Doktor z lampą stara się mniej więcej ocenić wielkość i kształt "cosia", żeby dobrać narzędzia; ja rozkładam ligniny, szukam zestawów narzędzi; Mama stoi z tyłu, żeby maluch ją widział i był spokojny.
Akcja właściwa:
- Lignokaina w sprayu! (wziernik już w ręku)
- Jest!
[psik, psik]
- Kleszczyki!
-Jest!
Iii... udało się! Po kilku minutach delikatnych manipulacji, żeby tylko żadnego naczynka krwionośnego nie uszkodzić (na granicy między przedsionkiem a jamą nosa jest splot Kiesselbacha, czyli mnóstwo małych, łatwo krwawiących naczynek), bo jak krew zaleje, to już nic nie widać... Wyciągnięta została zatyczka. Taka kulka z guziczkiem do wciskania, jaką się umieszcza na sznurkach przy kurtkach czy bluzach jako zabezpieczenie. Kulka duża, bo prawie centymetr średnicy. No, powiem szczerze, bardziej się jakiegoś orzeszka, albo tabletki, kółka od autka spodziewaliśmy. Czegoś mniejszego, w każdym razie.
Zapadła cisza. I wtedy Mama spytała zrezygnowanym głosem:
- Synu, jak tyś to zrobił?
- A tak! Zakrzyknął chłopiec radośnie i błyskawicznie wcisnął kulkę do drugiej dziurki.
Etykiety:
laryngologia,
praktyki,
studia
poniedziałek, 4 lipca 2011
Niech pan rzuci okiem...
Ćwiczenia praktyczne z anatomii, prosektorium znaczy. Już bliżej końca roku, więc udało się nam dojść do głowy (system jest taki - bierzemy daną część ciała, i kujemy wszystko hurtem - mięśnie, nerwy itp; kiedyś lecieli układami - same kości, same nerwy).
Jako wielki "rarytas" asystent pokazuje nam gałkę oczną, której pożyczenie wynegocjował od innego asystenta. Wiadomo, wypreparować trudno, ogólnie delikatne to takie... W całej uczelni z 10 mają. Mamy się obchodzić ostrożniej niż ze szkłem. Każdy po kolei przygląda się ze skupieniem, a zajęcia toczą się dalej.
Asystent zaczyna wyjaśniać straszliwie skomplikowany system unerwienia oka i okolic, co jest "współczulne", co "przywspółczulne", dlaczego jak się jednego oka dotknie to i drugie mrugnie... Pełen zapału rysuje na tablicy kolorowymi kredami zwoje nerwowe siakie i owakie, wszyscy patrzą i słuchają z zapartym tchem (wiadomo, koło niedługo!), gdy wtem okazuje się, że kolega J. zamiast stać razem z nami, i spijać słowa z ust Asystenta, opiera się o stół i z zadumą wpatruje w gałkę oczną.
Urażony Asystent: Panie Kolego, proszę tu rzucić okiem!
Kolega J. popatrzył na trzymane oko, popatrzył na Asystenta: Eee, jest Pan pewny, Panie Doktorze?
Jako wielki "rarytas" asystent pokazuje nam gałkę oczną, której pożyczenie wynegocjował od innego asystenta. Wiadomo, wypreparować trudno, ogólnie delikatne to takie... W całej uczelni z 10 mają. Mamy się obchodzić ostrożniej niż ze szkłem. Każdy po kolei przygląda się ze skupieniem, a zajęcia toczą się dalej.
Asystent zaczyna wyjaśniać straszliwie skomplikowany system unerwienia oka i okolic, co jest "współczulne", co "przywspółczulne", dlaczego jak się jednego oka dotknie to i drugie mrugnie... Pełen zapału rysuje na tablicy kolorowymi kredami zwoje nerwowe siakie i owakie, wszyscy patrzą i słuchają z zapartym tchem (wiadomo, koło niedługo!), gdy wtem okazuje się, że kolega J. zamiast stać razem z nami, i spijać słowa z ust Asystenta, opiera się o stół i z zadumą wpatruje w gałkę oczną.
Urażony Asystent: Panie Kolego, proszę tu rzucić okiem!
Kolega J. popatrzył na trzymane oko, popatrzył na Asystenta: Eee, jest Pan pewny, Panie Doktorze?
niedziela, 3 lipca 2011
Dzieci są uczciwe i prawdomówne (a potem dorastają)
Praktyki po drugim roku, Szpitalny Oddział Ratunkowy. Wyjątkowo-Izba Pediatryczna.
Wpada Mama w histerii, włos rozwiany, łzy na twarzy... Ciągnie za sobą chłopca na oko 3,5-4 letniego, nieco wystraszonego, ale generalnie bez niepokojących oznak.
- Ratujcie go!
- A co się dzieje?
- Połknął monety, o Boże, przecież on się udusi!! (chłopiec nadal stoi spokojnie, twarz zaróżowiona po biegu, rozgląda się po gabinecie - ładny, kolorowy mamy)
- A kiedy to było, co się potem działo? Jakie te monety i ile?
-Maciuś, powiedz Państwu!
[w tym momencie Mama odprowadzona na bok przez panią Pielęgniarkę, która tłumaczy, podając zimną wodę, że teraz dziecku będzie potrzebna opanowana, silna mama, i że już wszystko jest pod kontrolą]
I tu zaczyna się rzeczowy wywiad:
- Dzień dobry, Maciusiu, to jest Doktor Z., ja jestem Rylisa. Opowiedz proszę, co się stało.
- Bo na półce leżały takie małe pieniążki, i byłem ciekawy jak smakują, i wziąłem do buzi, ale twarde były, to połknąłem.
- I jak się potem czułeś? Kaszlałeś, wymiotowałeś, drapało Cię w gardle? A może duszno Ci teraz? (no, niby dzieciak w świetnej formie, ani trochę nie siny, ale to nigdy nie wiadomo...)
-Nie, dlaczego? Jakbym karmelka połknął.
-To my Cię teraz zbadamy, dobrze?
Mama spazmuje w kącie, chłopiec z zadowoleniem daje się osłuchać - obustronnie szmer pęcherzykowy - super. Ale na wszelki wypadek jeszcze szybki RTG przeglądowy jamy brzusznej, czy aby się gdzieś w przełyku nie zatrzymały (leżą sobie spokojnie w żołądku).
- A powiedz, dużo tych pieniążków było?
- Niee, ja tylko takie 2 różne wziąłem, jeden żółty, a potem szary, żeby zobaczyć czy inne będą.
(hmm, cały żółty, to największy to 5 groszy, nie tak źle)
- Ten szary, powiedz... To taki duży, czy raczej mały był?
-Tam było 10 napisane ( o_O już zna cyferki!), specjalnie mały wziąłem, bo za te duże to można więcej w sklepie kupić...
Reasumując - dziecko jakieś 2 godziny temu połknęło maksymalnie 15 groszy, czuje się dobrze. Tylko... chciało być uczciwe. Więc się Mamie przyznało, że to jego wina, że znikły. A Mama - spanikowała. Czyli dziecko w porządku, tylko z Mamą trzeba coś zrobić.
- Proszę Pani, nie ma powodu do niepokoju, proszę, tu są papiery, tu jest zdjęcie, możecie Państwo spokojnie wrócić do domu, Maciusiowi nic nie grozi.
- Ale on ma monety w brzuchu!!
- No właśnie, w brzuchu, a nie w płucach...
- Musicie coś z tym zrobić!!
... Koniec cierpliwości. Pod drzwiami tłum pacjentów, Mamie od godziny tłumaczone co i jak.
- Możemy go rozciąć. Tego Pani chce? Bo jak chodzi o te 15 groszy, to mogę Pani ze swojej kieszeni dać. Monety są w żołądku, i jak wszystko co do niego trafiło, wyjdą dołem. Niech Pani zagląda do nocnika przez kilka następnych dni, w końcu je Pani znajdzie.
[gwałtowne otrzeźwienie Mamy]
- A.. to my bardzo dziękujemy. Maciusiu, powiedz Państwu do widzenia.
Wpada Mama w histerii, włos rozwiany, łzy na twarzy... Ciągnie za sobą chłopca na oko 3,5-4 letniego, nieco wystraszonego, ale generalnie bez niepokojących oznak.
- Ratujcie go!
- A co się dzieje?
- Połknął monety, o Boże, przecież on się udusi!! (chłopiec nadal stoi spokojnie, twarz zaróżowiona po biegu, rozgląda się po gabinecie - ładny, kolorowy mamy)
- A kiedy to było, co się potem działo? Jakie te monety i ile?
-Maciuś, powiedz Państwu!
[w tym momencie Mama odprowadzona na bok przez panią Pielęgniarkę, która tłumaczy, podając zimną wodę, że teraz dziecku będzie potrzebna opanowana, silna mama, i że już wszystko jest pod kontrolą]
I tu zaczyna się rzeczowy wywiad:
- Dzień dobry, Maciusiu, to jest Doktor Z., ja jestem Rylisa. Opowiedz proszę, co się stało.
- Bo na półce leżały takie małe pieniążki, i byłem ciekawy jak smakują, i wziąłem do buzi, ale twarde były, to połknąłem.
- I jak się potem czułeś? Kaszlałeś, wymiotowałeś, drapało Cię w gardle? A może duszno Ci teraz? (no, niby dzieciak w świetnej formie, ani trochę nie siny, ale to nigdy nie wiadomo...)
-Nie, dlaczego? Jakbym karmelka połknął.
-To my Cię teraz zbadamy, dobrze?
Mama spazmuje w kącie, chłopiec z zadowoleniem daje się osłuchać - obustronnie szmer pęcherzykowy - super. Ale na wszelki wypadek jeszcze szybki RTG przeglądowy jamy brzusznej, czy aby się gdzieś w przełyku nie zatrzymały (leżą sobie spokojnie w żołądku).
- A powiedz, dużo tych pieniążków było?
- Niee, ja tylko takie 2 różne wziąłem, jeden żółty, a potem szary, żeby zobaczyć czy inne będą.
(hmm, cały żółty, to największy to 5 groszy, nie tak źle)
- Ten szary, powiedz... To taki duży, czy raczej mały był?
-Tam było 10 napisane ( o_O już zna cyferki!), specjalnie mały wziąłem, bo za te duże to można więcej w sklepie kupić...
Reasumując - dziecko jakieś 2 godziny temu połknęło maksymalnie 15 groszy, czuje się dobrze. Tylko... chciało być uczciwe. Więc się Mamie przyznało, że to jego wina, że znikły. A Mama - spanikowała. Czyli dziecko w porządku, tylko z Mamą trzeba coś zrobić.
- Proszę Pani, nie ma powodu do niepokoju, proszę, tu są papiery, tu jest zdjęcie, możecie Państwo spokojnie wrócić do domu, Maciusiowi nic nie grozi.
- Ale on ma monety w brzuchu!!
- No właśnie, w brzuchu, a nie w płucach...
- Musicie coś z tym zrobić!!
... Koniec cierpliwości. Pod drzwiami tłum pacjentów, Mamie od godziny tłumaczone co i jak.
- Możemy go rozciąć. Tego Pani chce? Bo jak chodzi o te 15 groszy, to mogę Pani ze swojej kieszeni dać. Monety są w żołądku, i jak wszystko co do niego trafiło, wyjdą dołem. Niech Pani zagląda do nocnika przez kilka następnych dni, w końcu je Pani znajdzie.
[gwałtowne otrzeźwienie Mamy]
- A.. to my bardzo dziękujemy. Maciusiu, powiedz Państwu do widzenia.
wtorek, 29 marca 2011
Dobrzy ludzie
Przez szybę zaglądamy do boksu, w którym między dwoma łóżeczkami uwija się drobna Kobietka. Przy każdym łóżeczku stoi aparatura do karmienia pozajelitowego; jedno dziecko ma PEGa (czyli sondę żołądkową wprowadzoną przez skórę), drugie - wkłucie centralne (dużą igłę umieszczoną w naczyniach szyjnych). Kobietka przewija, poprawia śpioszki, podaje smoczki... Dwoje tak ciężko chorych dzieci! Nic, tylko współczuć, i podziwiać Kobietkę, i cieszyć się, że tak ofiarnie zajmuje się maluszkami...
- Bliźniaki? - pytamy Doktor prowadzącej zajęcia.
- Nie. Jej jest to po prawej, z wkłuciem centralnym. Już po operacji, niedługo wychodzą.
- A to drugie?
- Też wrodzona atrezja dróg żółciowych. Ale dopiero przygotowywane, za mało waży. Wiecie, pielęgniarki się starają jak mogą, ale mamy tych dzieciaków 20, a jak rodzina nie pomaga w opiece, to wolniej przybierają... Z samotności... Tutaj o tyle dobrze jest, że rodzina Agusi zawsze do Kasi zagada, pobawi się chwilę, jakieś kosmetyki czy pieluszki, lepsze niż te szpitalne jej podrzucą...
Są dobrzy ludzie na świecie.
- Bliźniaki? - pytamy Doktor prowadzącej zajęcia.
- Nie. Jej jest to po prawej, z wkłuciem centralnym. Już po operacji, niedługo wychodzą.
- A to drugie?
- Też wrodzona atrezja dróg żółciowych. Ale dopiero przygotowywane, za mało waży. Wiecie, pielęgniarki się starają jak mogą, ale mamy tych dzieciaków 20, a jak rodzina nie pomaga w opiece, to wolniej przybierają... Z samotności... Tutaj o tyle dobrze jest, że rodzina Agusi zawsze do Kasi zagada, pobawi się chwilę, jakieś kosmetyki czy pieluszki, lepsze niż te szpitalne jej podrzucą...
Są dobrzy ludzie na świecie.