Z czego to wynika - nie wiem. Ale i ratownicy, i pielęgniarki, i lekarze potwierdzą - prawo serii istnieje.
Pięciu chłopców 4-6 rok życia, każdy z urazem prawego przedramienia; żaden nie połamany, wszyscy na 3 szwy.
Pierwszy - spadł z huśtawki. W sumie - typowo dziecięce :)
Drugi - biegał i się przewrócił. Też "normalne".
Trzeci - na rolkach jeździł, patykiem po ogrodzeniu ciągnął, i tak jakoś, sam nie wie jak, ręka razem z patykiem mu się "odwinęła".
Czwarty... czwarty miał ranę szarpaną. Po pogryzieniu.
- Proszę powiedzieć, co się stało?
- Dzik go ugryzł.
Dzień, środek lata... Dziki chyba zwykle zimą atakują?
- A skąd dzik?
- My w X. na kempingu, na wakacjach jesteśmy...
Pani zamilkła, ale widząc znaki zapytania w naszych oczach, powiedziała cichutko:
- No i tam dziki były, i syn karmił...
Myśmy osłupieli, a "poszkodowany" z pretensją w głosie:
- Wszyscy karmili, a tylko mnie ugryzł!
Telefon do zakaźników - trzeba młodego na wściekliznę zaszczepić; czekając na informację, gdzie zawieźć, przyjmujemy następnego pacjenta.
Piąty - też rana szarpana; też z miejscowości X.
- Proszę powiedzieć, o się stało?
- Ugryzł mnie!
- Dzik??
Chłopiec ze zdziwieniem:
- No skąd, pies...
Pies był szczepiony, więc jego "ofiara" wróciła do domu; dzika nikt nie legitymował, więc skończyło się na szczepieniu chłopca - i urazie do dziczyzny całej rodziny.
W sumie dobrze, że prawo serii nie obejmuje przyczyn - bo nudno by było...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pediatria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pediatria. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 13 lutego 2012
niedziela, 31 lipca 2011
Genetyka?
Pierwsza wizyta na oddziele, tzw. "zapoznanie ze specyfiką", czyli czego do nas przysyłają najwięcej... Bóle brzucha, bóle brzucha i wymioty, bóle brzucha i gorączka...Ból brzucha w 10 tys. odmianach, bo u maluchów to może być pierwszy sygnał czegoś poważniejszego, no i od 2-3 latka trudno się dowiedzieć, jaki ten ból i po czym.
W ramach odskoczni prowadzą nas do "dziecka oddziałowego" - zawsze jest takich 2-3 na oddział, takich, co tu już rok, dwa mieszkają praktycznie. Powody - różne; konieczność przewlekłego leczenia, trudna diagnostyka, albo fakt, że dziecko co wychodzi, to po 2 dniach trafia z tym samym. Wiadomo, więcej takich jest na oddziałach specjalistycznych, typu kardiologia czy nefrologia dziecięca, ale na ogólnym też się zdarza.
Dziecko oddziałowe ma około 5 lat, w szpitalu pomieszkuje od 3 roku życia. Powód - bardzo niska saturacja (czyt. wysycenie krwi tlenem), ataki duszności, i niemożność spania na leżąco w domu. Na oddziale praktycznie cały czas na wąsach z tlenem. Od 2 lat diagnozowane, bez skutków - może dlatego, że ze względu na "dodatkowe obciążenia", czyli otyłość, dziecko się do sporej części metod diagnostycznych nie nadaje... Mimo "choroby" dziecko wygląda na dość zadowolone z życia. Wygląda też tak, że ludzik Michelina to przy nim anorektyk. Mamusia (wchodząca w szerokie drzwi bokiem) twierdzi, że to genetyka. Jej mama tak ma, ona tak ma, to i dziecko tak ma... Cóż, predyspozycja genetyczna ważna rzecz - ale nie najważniejsza :P szczególnie, ze połowa genów po tatusie, więc zakładanie z góry, że dziecko ma dokładnie te same geny co mamusia... Poza tym co wchodzimy, to dziecko coś ciamka. W jednej łapce herbatniczek w czekoladzie, w drugiej biszkopciki, a mamusia dokarmia jogurcikiem. A w pogotowiu czeka wysokosłodzony napój "na popitkę". Wchodzimy dość często, a zmienia się tylko rodzaj słodyczy.
Następnego dnia rano obchód z oficjelami, a bez rodziców. Nasza pani doktor referując "Michelina" wspomina, że zastanawiają się nad wysłaniem go do Centrum Zdrowia Dziecka, bo tu się możliwości diagnostyczne skończyły. Na co jedna ze starszych doktórek rzuca:
- E tam, cackamy się tylko, na dietę je trzeba! Schudnie 5 kilo, to od razu saturacja skoczy!
- Ale nie wiadomo, skąd ta niska saturacja.
- Jak mniej go będzie, to będzie miało jak klatki piersiowej używać, a nie jak teraz, że się ruszyć nie może... To albo się samo wyleczy, albo będzie można normalnie diagnozować.
- Tylko...jak to zrobić?
Wspólna myśl - odizolować mamusię. Ale to by chyba sądownie zrobić trzeba było, bo jakże inaczej? A mamusia wszystko w dobrej wierze robi i na sugestię zmiany diety malucha prycha z oburzeniem. I niby jaki sąd się odważy?
Rok później dziecko nadal było na oddziale - jeszcze grubsze.
W ramach odskoczni prowadzą nas do "dziecka oddziałowego" - zawsze jest takich 2-3 na oddział, takich, co tu już rok, dwa mieszkają praktycznie. Powody - różne; konieczność przewlekłego leczenia, trudna diagnostyka, albo fakt, że dziecko co wychodzi, to po 2 dniach trafia z tym samym. Wiadomo, więcej takich jest na oddziałach specjalistycznych, typu kardiologia czy nefrologia dziecięca, ale na ogólnym też się zdarza.
Dziecko oddziałowe ma około 5 lat, w szpitalu pomieszkuje od 3 roku życia. Powód - bardzo niska saturacja (czyt. wysycenie krwi tlenem), ataki duszności, i niemożność spania na leżąco w domu. Na oddziale praktycznie cały czas na wąsach z tlenem. Od 2 lat diagnozowane, bez skutków - może dlatego, że ze względu na "dodatkowe obciążenia", czyli otyłość, dziecko się do sporej części metod diagnostycznych nie nadaje... Mimo "choroby" dziecko wygląda na dość zadowolone z życia. Wygląda też tak, że ludzik Michelina to przy nim anorektyk. Mamusia (wchodząca w szerokie drzwi bokiem) twierdzi, że to genetyka. Jej mama tak ma, ona tak ma, to i dziecko tak ma... Cóż, predyspozycja genetyczna ważna rzecz - ale nie najważniejsza :P szczególnie, ze połowa genów po tatusie, więc zakładanie z góry, że dziecko ma dokładnie te same geny co mamusia... Poza tym co wchodzimy, to dziecko coś ciamka. W jednej łapce herbatniczek w czekoladzie, w drugiej biszkopciki, a mamusia dokarmia jogurcikiem. A w pogotowiu czeka wysokosłodzony napój "na popitkę". Wchodzimy dość często, a zmienia się tylko rodzaj słodyczy.
Następnego dnia rano obchód z oficjelami, a bez rodziców. Nasza pani doktor referując "Michelina" wspomina, że zastanawiają się nad wysłaniem go do Centrum Zdrowia Dziecka, bo tu się możliwości diagnostyczne skończyły. Na co jedna ze starszych doktórek rzuca:
- E tam, cackamy się tylko, na dietę je trzeba! Schudnie 5 kilo, to od razu saturacja skoczy!
- Ale nie wiadomo, skąd ta niska saturacja.
- Jak mniej go będzie, to będzie miało jak klatki piersiowej używać, a nie jak teraz, że się ruszyć nie może... To albo się samo wyleczy, albo będzie można normalnie diagnozować.
- Tylko...jak to zrobić?
Wspólna myśl - odizolować mamusię. Ale to by chyba sądownie zrobić trzeba było, bo jakże inaczej? A mamusia wszystko w dobrej wierze robi i na sugestię zmiany diety malucha prycha z oburzeniem. I niby jaki sąd się odważy?
Rok później dziecko nadal było na oddziale - jeszcze grubsze.
niedziela, 3 lipca 2011
Dzieci są uczciwe i prawdomówne (a potem dorastają)
Praktyki po drugim roku, Szpitalny Oddział Ratunkowy. Wyjątkowo-Izba Pediatryczna.
Wpada Mama w histerii, włos rozwiany, łzy na twarzy... Ciągnie za sobą chłopca na oko 3,5-4 letniego, nieco wystraszonego, ale generalnie bez niepokojących oznak.
- Ratujcie go!
- A co się dzieje?
- Połknął monety, o Boże, przecież on się udusi!! (chłopiec nadal stoi spokojnie, twarz zaróżowiona po biegu, rozgląda się po gabinecie - ładny, kolorowy mamy)
- A kiedy to było, co się potem działo? Jakie te monety i ile?
-Maciuś, powiedz Państwu!
[w tym momencie Mama odprowadzona na bok przez panią Pielęgniarkę, która tłumaczy, podając zimną wodę, że teraz dziecku będzie potrzebna opanowana, silna mama, i że już wszystko jest pod kontrolą]
I tu zaczyna się rzeczowy wywiad:
- Dzień dobry, Maciusiu, to jest Doktor Z., ja jestem Rylisa. Opowiedz proszę, co się stało.
- Bo na półce leżały takie małe pieniążki, i byłem ciekawy jak smakują, i wziąłem do buzi, ale twarde były, to połknąłem.
- I jak się potem czułeś? Kaszlałeś, wymiotowałeś, drapało Cię w gardle? A może duszno Ci teraz? (no, niby dzieciak w świetnej formie, ani trochę nie siny, ale to nigdy nie wiadomo...)
-Nie, dlaczego? Jakbym karmelka połknął.
-To my Cię teraz zbadamy, dobrze?
Mama spazmuje w kącie, chłopiec z zadowoleniem daje się osłuchać - obustronnie szmer pęcherzykowy - super. Ale na wszelki wypadek jeszcze szybki RTG przeglądowy jamy brzusznej, czy aby się gdzieś w przełyku nie zatrzymały (leżą sobie spokojnie w żołądku).
- A powiedz, dużo tych pieniążków było?
- Niee, ja tylko takie 2 różne wziąłem, jeden żółty, a potem szary, żeby zobaczyć czy inne będą.
(hmm, cały żółty, to największy to 5 groszy, nie tak źle)
- Ten szary, powiedz... To taki duży, czy raczej mały był?
-Tam było 10 napisane ( o_O już zna cyferki!), specjalnie mały wziąłem, bo za te duże to można więcej w sklepie kupić...
Reasumując - dziecko jakieś 2 godziny temu połknęło maksymalnie 15 groszy, czuje się dobrze. Tylko... chciało być uczciwe. Więc się Mamie przyznało, że to jego wina, że znikły. A Mama - spanikowała. Czyli dziecko w porządku, tylko z Mamą trzeba coś zrobić.
- Proszę Pani, nie ma powodu do niepokoju, proszę, tu są papiery, tu jest zdjęcie, możecie Państwo spokojnie wrócić do domu, Maciusiowi nic nie grozi.
- Ale on ma monety w brzuchu!!
- No właśnie, w brzuchu, a nie w płucach...
- Musicie coś z tym zrobić!!
... Koniec cierpliwości. Pod drzwiami tłum pacjentów, Mamie od godziny tłumaczone co i jak.
- Możemy go rozciąć. Tego Pani chce? Bo jak chodzi o te 15 groszy, to mogę Pani ze swojej kieszeni dać. Monety są w żołądku, i jak wszystko co do niego trafiło, wyjdą dołem. Niech Pani zagląda do nocnika przez kilka następnych dni, w końcu je Pani znajdzie.
[gwałtowne otrzeźwienie Mamy]
- A.. to my bardzo dziękujemy. Maciusiu, powiedz Państwu do widzenia.
Wpada Mama w histerii, włos rozwiany, łzy na twarzy... Ciągnie za sobą chłopca na oko 3,5-4 letniego, nieco wystraszonego, ale generalnie bez niepokojących oznak.
- Ratujcie go!
- A co się dzieje?
- Połknął monety, o Boże, przecież on się udusi!! (chłopiec nadal stoi spokojnie, twarz zaróżowiona po biegu, rozgląda się po gabinecie - ładny, kolorowy mamy)
- A kiedy to było, co się potem działo? Jakie te monety i ile?
-Maciuś, powiedz Państwu!
[w tym momencie Mama odprowadzona na bok przez panią Pielęgniarkę, która tłumaczy, podając zimną wodę, że teraz dziecku będzie potrzebna opanowana, silna mama, i że już wszystko jest pod kontrolą]
I tu zaczyna się rzeczowy wywiad:
- Dzień dobry, Maciusiu, to jest Doktor Z., ja jestem Rylisa. Opowiedz proszę, co się stało.
- Bo na półce leżały takie małe pieniążki, i byłem ciekawy jak smakują, i wziąłem do buzi, ale twarde były, to połknąłem.
- I jak się potem czułeś? Kaszlałeś, wymiotowałeś, drapało Cię w gardle? A może duszno Ci teraz? (no, niby dzieciak w świetnej formie, ani trochę nie siny, ale to nigdy nie wiadomo...)
-Nie, dlaczego? Jakbym karmelka połknął.
-To my Cię teraz zbadamy, dobrze?
Mama spazmuje w kącie, chłopiec z zadowoleniem daje się osłuchać - obustronnie szmer pęcherzykowy - super. Ale na wszelki wypadek jeszcze szybki RTG przeglądowy jamy brzusznej, czy aby się gdzieś w przełyku nie zatrzymały (leżą sobie spokojnie w żołądku).
- A powiedz, dużo tych pieniążków było?
- Niee, ja tylko takie 2 różne wziąłem, jeden żółty, a potem szary, żeby zobaczyć czy inne będą.
(hmm, cały żółty, to największy to 5 groszy, nie tak źle)
- Ten szary, powiedz... To taki duży, czy raczej mały był?
-Tam było 10 napisane ( o_O już zna cyferki!), specjalnie mały wziąłem, bo za te duże to można więcej w sklepie kupić...
Reasumując - dziecko jakieś 2 godziny temu połknęło maksymalnie 15 groszy, czuje się dobrze. Tylko... chciało być uczciwe. Więc się Mamie przyznało, że to jego wina, że znikły. A Mama - spanikowała. Czyli dziecko w porządku, tylko z Mamą trzeba coś zrobić.
- Proszę Pani, nie ma powodu do niepokoju, proszę, tu są papiery, tu jest zdjęcie, możecie Państwo spokojnie wrócić do domu, Maciusiowi nic nie grozi.
- Ale on ma monety w brzuchu!!
- No właśnie, w brzuchu, a nie w płucach...
- Musicie coś z tym zrobić!!
... Koniec cierpliwości. Pod drzwiami tłum pacjentów, Mamie od godziny tłumaczone co i jak.
- Możemy go rozciąć. Tego Pani chce? Bo jak chodzi o te 15 groszy, to mogę Pani ze swojej kieszeni dać. Monety są w żołądku, i jak wszystko co do niego trafiło, wyjdą dołem. Niech Pani zagląda do nocnika przez kilka następnych dni, w końcu je Pani znajdzie.
[gwałtowne otrzeźwienie Mamy]
- A.. to my bardzo dziękujemy. Maciusiu, powiedz Państwu do widzenia.
wtorek, 29 marca 2011
Dobrzy ludzie
Przez szybę zaglądamy do boksu, w którym między dwoma łóżeczkami uwija się drobna Kobietka. Przy każdym łóżeczku stoi aparatura do karmienia pozajelitowego; jedno dziecko ma PEGa (czyli sondę żołądkową wprowadzoną przez skórę), drugie - wkłucie centralne (dużą igłę umieszczoną w naczyniach szyjnych). Kobietka przewija, poprawia śpioszki, podaje smoczki... Dwoje tak ciężko chorych dzieci! Nic, tylko współczuć, i podziwiać Kobietkę, i cieszyć się, że tak ofiarnie zajmuje się maluszkami...
- Bliźniaki? - pytamy Doktor prowadzącej zajęcia.
- Nie. Jej jest to po prawej, z wkłuciem centralnym. Już po operacji, niedługo wychodzą.
- A to drugie?
- Też wrodzona atrezja dróg żółciowych. Ale dopiero przygotowywane, za mało waży. Wiecie, pielęgniarki się starają jak mogą, ale mamy tych dzieciaków 20, a jak rodzina nie pomaga w opiece, to wolniej przybierają... Z samotności... Tutaj o tyle dobrze jest, że rodzina Agusi zawsze do Kasi zagada, pobawi się chwilę, jakieś kosmetyki czy pieluszki, lepsze niż te szpitalne jej podrzucą...
Są dobrzy ludzie na świecie.
- Bliźniaki? - pytamy Doktor prowadzącej zajęcia.
- Nie. Jej jest to po prawej, z wkłuciem centralnym. Już po operacji, niedługo wychodzą.
- A to drugie?
- Też wrodzona atrezja dróg żółciowych. Ale dopiero przygotowywane, za mało waży. Wiecie, pielęgniarki się starają jak mogą, ale mamy tych dzieciaków 20, a jak rodzina nie pomaga w opiece, to wolniej przybierają... Z samotności... Tutaj o tyle dobrze jest, że rodzina Agusi zawsze do Kasi zagada, pobawi się chwilę, jakieś kosmetyki czy pieluszki, lepsze niż te szpitalne jej podrzucą...
Są dobrzy ludzie na świecie.