Raz, wyjątkowo, zdarzyło mi się część praktyk odbywać nie w wakacje, a w ferie zimowe. Z koleżanką wybrałyśmy się na Diabetologię i Hipertensjologię, czyli, po ludzku, cukrzycę i nadciśnienie ;)
Oprócz doglądania naszej WŁASNEJ sali (to było coś!), oczywiście, z kontrolą ordynatora ;), odpowiadałyśmy za pomiary ciśnienia wszystkich pacjentów. Uczestnicząc zaś w obchodach poznawałyśmy też zalecenia, planowane badania itp.
Między innymi był tam Pan, który trafił na oddział z powodu zaostrzenia nadciśnienia, obrzęków nóg (takich dość potwornych), no i związanych z tym problemami z sercem. Pan dostał wieelką dawkę leków moczopędnych, co by obrzęki stracił, inne leki, no i wdrożono bilans wodny (czyli ile wypił, ile wysikał). Woda cała (herbata, zupa, owoce, itp.) dozwolona to 1 litr na dobę, furosemid w pompie i czekamy na rezultaty.
Następnego ranka Pan siedzi na łóżko i ze smakiem wcina pomarańcze. Żona przyniosła, bo dba o męża ;) Pouczeni zostali, że w pomarańczach to dużo wody jest, i że Pan przekracza limit. Czyli bilans Pan przekroczył, dostał dodatkową dawkę furosemidu i znów - czekamy na rezultaty.
A rezultatów nie ma... Doktor zaczyna rozmawiać o dodatkowych badaniach z kardiologią. Traf chciał, że innemu pacjentowi w tej sali miałam dodatkowo zmierzyć ciśnienie. Wchodzę, a Pan... wcina mandarynki. Na oko jeszcze z pół kilo mu zostało.
No przecież zabronili mu jeść pomarańcze, a witaminek jakoś sobie dostarczyć trzeba ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą III rok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą III rok. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 12 grudnia 2011
niedziela, 31 lipca 2011
Genetyka?
Pierwsza wizyta na oddziele, tzw. "zapoznanie ze specyfiką", czyli czego do nas przysyłają najwięcej... Bóle brzucha, bóle brzucha i wymioty, bóle brzucha i gorączka...Ból brzucha w 10 tys. odmianach, bo u maluchów to może być pierwszy sygnał czegoś poważniejszego, no i od 2-3 latka trudno się dowiedzieć, jaki ten ból i po czym.
W ramach odskoczni prowadzą nas do "dziecka oddziałowego" - zawsze jest takich 2-3 na oddział, takich, co tu już rok, dwa mieszkają praktycznie. Powody - różne; konieczność przewlekłego leczenia, trudna diagnostyka, albo fakt, że dziecko co wychodzi, to po 2 dniach trafia z tym samym. Wiadomo, więcej takich jest na oddziałach specjalistycznych, typu kardiologia czy nefrologia dziecięca, ale na ogólnym też się zdarza.
Dziecko oddziałowe ma około 5 lat, w szpitalu pomieszkuje od 3 roku życia. Powód - bardzo niska saturacja (czyt. wysycenie krwi tlenem), ataki duszności, i niemożność spania na leżąco w domu. Na oddziale praktycznie cały czas na wąsach z tlenem. Od 2 lat diagnozowane, bez skutków - może dlatego, że ze względu na "dodatkowe obciążenia", czyli otyłość, dziecko się do sporej części metod diagnostycznych nie nadaje... Mimo "choroby" dziecko wygląda na dość zadowolone z życia. Wygląda też tak, że ludzik Michelina to przy nim anorektyk. Mamusia (wchodząca w szerokie drzwi bokiem) twierdzi, że to genetyka. Jej mama tak ma, ona tak ma, to i dziecko tak ma... Cóż, predyspozycja genetyczna ważna rzecz - ale nie najważniejsza :P szczególnie, ze połowa genów po tatusie, więc zakładanie z góry, że dziecko ma dokładnie te same geny co mamusia... Poza tym co wchodzimy, to dziecko coś ciamka. W jednej łapce herbatniczek w czekoladzie, w drugiej biszkopciki, a mamusia dokarmia jogurcikiem. A w pogotowiu czeka wysokosłodzony napój "na popitkę". Wchodzimy dość często, a zmienia się tylko rodzaj słodyczy.
Następnego dnia rano obchód z oficjelami, a bez rodziców. Nasza pani doktor referując "Michelina" wspomina, że zastanawiają się nad wysłaniem go do Centrum Zdrowia Dziecka, bo tu się możliwości diagnostyczne skończyły. Na co jedna ze starszych doktórek rzuca:
- E tam, cackamy się tylko, na dietę je trzeba! Schudnie 5 kilo, to od razu saturacja skoczy!
- Ale nie wiadomo, skąd ta niska saturacja.
- Jak mniej go będzie, to będzie miało jak klatki piersiowej używać, a nie jak teraz, że się ruszyć nie może... To albo się samo wyleczy, albo będzie można normalnie diagnozować.
- Tylko...jak to zrobić?
Wspólna myśl - odizolować mamusię. Ale to by chyba sądownie zrobić trzeba było, bo jakże inaczej? A mamusia wszystko w dobrej wierze robi i na sugestię zmiany diety malucha prycha z oburzeniem. I niby jaki sąd się odważy?
Rok później dziecko nadal było na oddziale - jeszcze grubsze.
W ramach odskoczni prowadzą nas do "dziecka oddziałowego" - zawsze jest takich 2-3 na oddział, takich, co tu już rok, dwa mieszkają praktycznie. Powody - różne; konieczność przewlekłego leczenia, trudna diagnostyka, albo fakt, że dziecko co wychodzi, to po 2 dniach trafia z tym samym. Wiadomo, więcej takich jest na oddziałach specjalistycznych, typu kardiologia czy nefrologia dziecięca, ale na ogólnym też się zdarza.
Dziecko oddziałowe ma około 5 lat, w szpitalu pomieszkuje od 3 roku życia. Powód - bardzo niska saturacja (czyt. wysycenie krwi tlenem), ataki duszności, i niemożność spania na leżąco w domu. Na oddziale praktycznie cały czas na wąsach z tlenem. Od 2 lat diagnozowane, bez skutków - może dlatego, że ze względu na "dodatkowe obciążenia", czyli otyłość, dziecko się do sporej części metod diagnostycznych nie nadaje... Mimo "choroby" dziecko wygląda na dość zadowolone z życia. Wygląda też tak, że ludzik Michelina to przy nim anorektyk. Mamusia (wchodząca w szerokie drzwi bokiem) twierdzi, że to genetyka. Jej mama tak ma, ona tak ma, to i dziecko tak ma... Cóż, predyspozycja genetyczna ważna rzecz - ale nie najważniejsza :P szczególnie, ze połowa genów po tatusie, więc zakładanie z góry, że dziecko ma dokładnie te same geny co mamusia... Poza tym co wchodzimy, to dziecko coś ciamka. W jednej łapce herbatniczek w czekoladzie, w drugiej biszkopciki, a mamusia dokarmia jogurcikiem. A w pogotowiu czeka wysokosłodzony napój "na popitkę". Wchodzimy dość często, a zmienia się tylko rodzaj słodyczy.
Następnego dnia rano obchód z oficjelami, a bez rodziców. Nasza pani doktor referując "Michelina" wspomina, że zastanawiają się nad wysłaniem go do Centrum Zdrowia Dziecka, bo tu się możliwości diagnostyczne skończyły. Na co jedna ze starszych doktórek rzuca:
- E tam, cackamy się tylko, na dietę je trzeba! Schudnie 5 kilo, to od razu saturacja skoczy!
- Ale nie wiadomo, skąd ta niska saturacja.
- Jak mniej go będzie, to będzie miało jak klatki piersiowej używać, a nie jak teraz, że się ruszyć nie może... To albo się samo wyleczy, albo będzie można normalnie diagnozować.
- Tylko...jak to zrobić?
Wspólna myśl - odizolować mamusię. Ale to by chyba sądownie zrobić trzeba było, bo jakże inaczej? A mamusia wszystko w dobrej wierze robi i na sugestię zmiany diety malucha prycha z oburzeniem. I niby jaki sąd się odważy?
Rok później dziecko nadal było na oddziale - jeszcze grubsze.